[Untitled]

Książki to moja pasja od kiedy nauczyłam się literki składać w słowa. Wiem że miałam mniej niż  6 lat bo do zerówki szłam już jako tako czytając. Pochłaniałam wszystko co wpadło mi w ręce, nawet w bibliotece szkolnej mogłam buszować sama między regałami bym mogła wybierać czego nie czytałam. Kiedyś rodzice mnie ganiali za czytanie przyjedzeniu a teraz...mąż. Cóż czasami nie mogę się oprzeć.Kradnę chwile dla siebie i książek. Na szczęści nauczyłam się czytać w czasie jazdy i półgodzinna podróż do pracy mija mi niepostrzeżenie. Oto ostatnie moje zdobycze.


Hygge Klucz do szczęścia to prezent od Mikołaja. Czytałam i szukałam wokół siebie szczęścia i małych przyjemności.
Natomiast Król Szczepana Twardocha, tą książkę polecił mi pan w księgarni. Opowiada o przedwojennej Warszawie, półświatku, mrocznych dzielnicach i wcale nie łatwym i wesołym życiu. Momentami trochę kontrowersyjna. Czyta się bardzo dobrze i faktycznie jest to dobra książka.
Szpieg Paulo Coelho, hmm. No nic dobrego nie mogę o tej książce powiedzieć. Przeczytałam szybko, nie wniosła ona nic do mojego życia, nie dowiedziałam się z niej zbyt wiele o Mata Hari, nie znalazłam momentów które kazały by mi zatrzymać się na dłużnej i przemyśleć swoje poczynania czy tez spojrzeć z innej perspektywy na świat., tak jak miałam okazję czynić przy innych książkach tego autora. Szkoda.
No i Hygge Marie Soderberg, tą książkę zostawiam sobie na spokojne wieczory, a tych mam mało, żeby powolutku chłonąć, czytać i oglądać.


I na koniec mały kadr z kątka gdzie ostatnio króluje storczyk. Znowu mi zakwitł.

Cóż trochę powyginany, ale za późno zobaczyłam pęd i bałam się go wyginać, bo raz udało mi się obłamać. I wtedy to był dramat.
Tym kwitnącym akcentem kończę i bardzo dziękuje za odwiedziny. Pozdrawiam cieplutko.
Wymarzony chodnik, diy.

Wymarzony chodnik, diy.

Wiecznie w biegu, pośpiechu. Marnujemy go na mało ważne czynności, które tak naprawdę nie dają nam nic wartościowego. Ciężko jest zmienić siebie, pozbyć się nawyków. Ale staram się. Wróciłam do rysowania, pracuje nad moim warsztatem, ćwiczę dłonie i uczę się od nowa patrzeć na otaczającą rzeczywistość.
W między czasie cieszę się zakończonym remontem i nadziwić się nie mogę jak nagle moje mieszkanie "urosło". Niestety szarość i piasek, tak mogę w dwóch słowach scharakteryzować zimę w tym roku. Piach w ilościach hurtowych transportujemy na butach, Nic nie pomaga trzepanie, tupanie i wędrówka na czwarte piętro. Piasek jest. Żeby choć trochę uchronić podłogę od zarysowań, chciałam kupić sobie coś fajnego do przedpokoju pod drzwi. I tu zonk. Jak fajne to drogie, jak fajne na zdjęciu to gdy zobaczę i pomacam to koszmarek chiński. I tak w nielicznych chwilach wolnych szukałam swojego wymarzonego chodniczka. I znalazłam.

W pięknych kolorach, wręcz stworzony by zamieszkać i raz gościć w przedpokoju a raz może latem na balkonie.

Wyciągnęłam do niego odpowiednie narzędzia, sprawdziłam kilka splotów i tworzę

.
Tylko nie wiedziałam, że podczas robienia tak bardzo bolą paluchy :) Zapomniałam jaka to frajda zrobić coś samemu.
Z technicznych danych to:
sznurek bawełniany 5mm w czterech kolorach lawendowy melanż, miętowy melanż, szary i biały.
Szydełko numer 8.
Nie wiem jak dużo sznurka zużyję, na razie wzięłam po motku co daje 400m. Zawsze można domówić.
Odczarowując zimę u mnie zakwitają hiacynty i motywują do dziergania.



W bieli i srebrze

W bieli i srebrze

Podglądam blogowy świat, a tam co raz więcej wspaniałych świątecznych dekoracji. I oczywiście ja też postanowiłam mieć. Szybkie zakupy, przegląd zasobów i w pół godziny powstał wianek. Dawno już nie robiłam nic wiankowego, zapomniałam jak to frajda. Przymierzanie, przykładanie i chwile pogoni za kotem gdy zabierze najbardziej potrzebną rzecz spod reki. Nie ważny bałagan i klej na podłodze ( bo ja niestety wszystkie większe prace robię na czworaka na podłodze, jak człowiek pierwotny co to o stole nie słyszał).
Użyłam do jego zrobienia bazy z Pepco, srebrnych i białych zeszłorocznych bombek tez ze sklepu na P, starej choinki wyszperanej na zapleczu, zostało jej kilkanaście gałązek jeszcze, zrobię ozdoby do pracy :) i styropianowe gwiazdki z supermarketu.


Wianek docelowo zawisł na drzwiach wejściowych.


Zmotywowana krochmalę śnieżynki, bombki, aniołki... jak ogarnę to pokarzę bo trochę się tego uzbierało.
Powolutku i w moje progi zaczyna zaglądać świąteczna atmosfera. Pozdrawiam serdecznie i dziękuję że jesteście.
Jeszcze przedświątecznie

Jeszcze przedświątecznie

Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że tak długo mnie tu nie było. Owszem zaglądałam do was na blogi, ale większość wolnego pochłaniał mi remont. W sobotę udało się nam skończyć układanie podłogi. O matko dobrze że nie zajmujemy się tym zarobkowo bo byśmy z głodu umarli. Od sierpnia do grudnia. 54 metry. Niby nie dużo, ale mogliśmy to robić tylko w soboty. Takie uroki mieszkania w bloku. W pokojach przestawialiśmy meble z kąta w kąt, wpasowywanie się pod istniejącą zabudowę. Co tu mówić horror. Jeszcze co prawda pozostał montaż listew przypodłogowych ale w się zrobi :) Zamówiona kuchnia miała być gotowa dwa tygodnie temu. Zamontują mi dopiero 21 grudnia. Tuż przed świętami. Ale jakoś to będzie. A niedziela można by się zapytać, w niedziele robiliśmy rzeczy cichsze typu malowanie..., zakupy bo to zabrakło tego lub tamtego. Gdy pracujemy razem do późnych godzin wieczornych trudno jest prowadzić normalne rodzinne życie, o remoncie już nie wspomnę. Wracam dopiero o20.30, Grzechotnik czasami wcześniej, i wtedy korzysta z chwili luzu, że nie siedzę i nie wymyślam; a to kontakt, a to lampka...
Zaczynamy powrót do przeszłości. Ukończona jakiś czas temu, pokazywana tylko z małym kawałku, narzuta lub pledzik, co kto woli.

Wpasowała się idealnie w jesienne klimaty. Maniek również ja polubił :) Prosty wzór, włóczka kotek, w trzech kolorach, szydełko 3mm. Poszło tych motków trochę, ale takie dłubanie to sama przyjemność.
Gotowy kat poremontowy. I moja wspaniała, ukochana monstera, upolowana w sklepie budowlanym.
jeszcze przed przesadzeniem
Zdjęcie było robione w biegu i stąd ten wielki portret wilka,ale tak wygląda nasz kącik wypoczynkowy, wyglądał bo przyszły zmiany aranżacyjne, zimowo świąteczne ale to wkrótce.
Pierwszy gotowy kąt mieszkania, półtora metra dalej podłogi wcale nie było...
Jak teraz przeglądam zdjęcia to na prawdę jestem dla nas pełna podziwu, zwłaszcza że te 54 metry podłogi to ja zdjęłam tymi ręcami i łomem :)
Dziękuję że do mnie zaglądacie, pozdrawiam serdecznie. Pora do pracy, a wieczorem zajrzę do was aby się świątecznie doinspirować.
W pracy też może być przyjemnie.

W pracy też może być przyjemnie.

Praca  moja,w chwili obecnej, pełnoetatowa, ośmiogodzinna. Tak na prawdę w niej spędzam większą część dnia. Nie wiem jeszcze jak długo, jestem na zastępstwie. Pracuję od 12 do 20. Przy małych dzieciach, młodym małżeństwie są to godziny raczej mało przyjemne, wręcz koszmarne. Ja mam już spory staż, Grzechotnik wraca też w granicach 19, Motyl wkrótce osiągnie pełnoletność, więc jest nam łatwiej. Zresztą sobota i niedziela są całe nasze. Ostatnio moja Pani Kierownik ( fajna pani Kierownik :) nie, nie czyta mojego bloga) nieopacznie pozwoliła mi coś zmienić. Nieopatrznie pozwoliła mi pomalować ściany. Taak. Myślała że jedną...Dwa dni szalałam z wałkiem, jeszcze zanim zaczęły się zajęcia. Odkręcałam i montowałam.
Teraz moje królestwo, pracownia plastyczna, wygląda tak

Uwielbiam miętowy kolor, mam na jego punkcie bzika od roku. W domu dostawiam co jakiś czas upolowany miętowy drobiazg (nie jest łatwo coś wyszperać), ale mam śmietankowe ściany. Tutaj to nie miałoby sensu, przy takiej ilości rozbrykanej ferajny. Więc mam miętowe ściany trzy i jedną szarą.


Zdemontowałam paskudne żółte żaluzje, i założyłam śmietankowe rolety. Nie zaciemniają, nie cierpię pracować przy sztucznym świetle, te rozpraszają światło i nie pozwalają słoneczku razić w oczy.
Na stół kupiłam miętowe ceraty w groszki, nie załapały się na zdjęcie. Na biurku i podręcznym stoliku mam szkło, pod spodem papier w groszki w turkusowym kolorze. Szkło bo czasami muszę coś kroić, lepić na gorąco, jak to w pracowni.
Stolik, lata świetności już dawno za nim, tez odświeżyłam, dostał nawet modne skarpetki
Poprzestawiałam ławki, przeniosłam biurko i uwierzcie mi nie chce mi się teraz z tej sali wychodzić.
Tutaj widać zmiany, nie ma tylko już żaluzji na zdjęciach.
Nawet psujący kubek sobie kupiłam. 


Jeszcze kilka rzeczy jest do zrobienia, nowe obicie na tablice wystawowe, muszę przemalować grzejniki, porządek na zapleczu, tam się dzieje ale może też dostane zielone światło. Po tych zmianach P. Kierownik zgodziła się na zmiany w kolejnych salach. :)
Pozdrawiam serdecznie i bardzo dziękuje że do mnie zaglądacie.
Liskowo - filcowo

Liskowo - filcowo

Tak zwana "faza" na lisy i sowy jeszcze mi nie przeszła. Ostatnio w ręce wpadło mi kilka arkuszy filcu. Postanowiłam coś uszyć. Małe formy na rozruszanie rączek są najlepsze. Więc dlaczego nie stworzyć sobie lisa. Tak ja teraz na niego patrzę muszę dorobić mu fajny zaczep i będzie moim torebkowym towarzyszem. Zwłaszcza, że jesień zbliża się powoli ale nieuchronnie. Widziałam gdzieś podobnego, też filcowego, ale nie pamiętam gdzie, i to on był moja inspiracją. (Tak to jest jak cyka się zdjęcia  komórką ekranu komputera...)

Grzeczny lisek jak śpi...

W okolicznościach przyrody ożywionej i nieożywionej
Jak wspominałam, odczarowuję naczynia i pojemniki. Imbryk który stał i obrastał kurzem jest teraz wazonem.
Mojego lisa rudzielca chytrego zgłaszam do zabawy w kolory w kreatywnym bazarku
Rosochaty wienek z wrzosów

Rosochaty wienek z wrzosów

Mimo,że wakacje się skończyły to za oknami wciąż pięknie. Aż się człowiekowi w domu w wolnym czasie nie chce siedzieć. (Remont wciąż w toku ale....szkoda słońca). Podczas jednego z wypadów natknęłam się dosłownie tuż przy drodze, między wycinką a wykrotami leśnymi , na wspaniałe wrzosowe polany. Grzechotnik już nic  nie mówił, stał odganiał się od komarów a  ja rwałam wrzosy. Spory bukiet mi z tego wyszedł. Wiedziałam co chcę z niego zrobić. Zamarzył mi się wianek.

  Ale najpierw wyszperałam do niego bazę, wypleciona z winobluszczu. Troszkę grubawa, ale jak się nie ma co się chce to wykorzystujemy co jest.


Przygotowujemy plan pracy, gromadzimy druciki i do tego musimy mieć kierownika nadzoru
w moim przypadku kota. Kierownik sprawdza nasz profesjonalizm oraz cierpliwość ( zwłaszcza do kota).


Nieduży pęczek wrzosu skręcamy drucikiem i przymocowujemy do naszej bazy wiankowej. W miedzy czasie wyciągamy kotu w pyszczka wrzosy, druciki, palce, wyciągamy kota z wianka. Uwierzcie, praca z pomocnikiem tego typu jest szalenie interesująca i trwa dwa razy dłużej.
Mój wianek udało  się skończyć, mimo wszystko. Jest trochę roztrzepany, ale mam to swój urok.


a pomocnik,  wyczerpany pomaganiem i nadzorem wygląda tak.


 Mój wspaniały Maniek
Pozdrawiam serdecznie i dziękuje że tu zaglądacie
Copyright © 2014 Szczypta codzienności , Blogger