Do koszyczka

Do koszyczka

    Coraz więcej wspaniałych prac przedświątecznych widziałam na blogach. Postanowiłam i ja zrobić sobie coś nowego, coś innego niż ogólnie dostępne rzeczy w sklepie. Kilka wieczorów z szydełkiem i oto ona. Serwetka do koszyczka.


 Jeszce zupełnie świeża, zdjęta z szydełka. Wyszła dość duża, bo ma 38 cm. średnicy.  Wzór nieskomplikowany, wyszperany na Pintereście. Podoba mi się bardzo wiec oddam ją dla mamy. Bo przecież byle jakich prezentów się nie daje.

 A sobie zdążę wydziergać następną, inną, może równie fajną.

Serwetka nie usztywniona, lekko tylko przeprasowana, ale jak doleci do mamy to i tak będzie musiała ją sobie przygotować.
Za oknem pięknie, moje plany zrealizowane i już wkrótce będę mogła pochwalić się moją działką!
Pozdrawiam serdeczni i dziękuje za to że mnie odwiedzacie i za każde słowo w komentarzu.
Złapać króliczka DIY

Złapać króliczka DIY

Chodzi o to by gonić króliczka , a nie złapać go...


Ja postanowiłam złapać. Frajdę mam niesamowitą, bo chociaż z szyciem nie zawsze mi po drodze, to przy tej pracy nie musiałam się za mocno namęczyć. Nieskromnie powiem że mi się podoba, ba... nawet podoba się maluchom ( wczoraj przeszedł test małych rączek).

 Pyszczek wyszedł mu lekko zadumany, może nawet smutny... chociaż ja widzę tam malutka nutę łobuzerstwa. ( W tle ściany wciąż bez listew ale jakoś wpisuje mi się w klimat klatki :)...)


Bardzo żałuję, że nie wpadłam na taki pomysł gdy mój Motyl był mały. Teraz nie mam komu takich zabawek robić, ta też pewnie by nie powstała gdym nie chciała zrobić z dziećmi na zajęciach takiego skarpetkowego króliczka.  ( Najpierw muszę sprawdzić co i jak żeby wstydu nie było). Tak bo to skarpetka, rozcięta, zszyta i... tadam! jest króliczek jak się patrzy, za prawdziwe grosze, bo w niektórych sklepach  trzy pary skarpetek są w cenie 5 złotych.


W związku z tym, ze mam jedną skarpetkę bez pary... powstanie wkrótce króliczy bliźniak  ;) I tak sobie przy okazji pomyślałam, ze skoro skarpetki są dopuszczone do kontaktu z dziećmi to taki królik nie może im zaszkodzić.
Jak zwykle na koniec kwiatek,. tym razem w mojej kuchni zagościły szafirki, oczywiście ku ogromnej uciesze Mańka 

Jeżeli wszystko co planuję się uda to wkrótce kwiatów będzie w moich postach więcej! Ale nie zapeszam, chociaż naprawdę marze o tym od kilku lat....
Pozdrawiam serdecznie i dziękuje za wizytę.
Wiosna z papieru

Wiosna z papieru

Coraz cieplej i słoneczniej za oknem. postanowiłam wpuścić do mieszkania trochę wiosny, ale tym razem z papieru. Krepina, nożyczki i papierowe krokusy rozgościły się na całego. Trochę mnie poniosło i nadwyżki zaniosę do pracy :) Niektóre trochę przyklapnięte bo niestety do koszyka wpadł gość nieproszony.


Ciemnożółty kolor tutaj wygląda jak pomarańczowy


Robi się je bardzo łatwo i w miarę szybko. Najtrudniejsze pierwsze dwa, kiedy płatki nie chcą współpracować z ręką. A później to już  z górki.
Natomiast na parapecie za oknem w kuchni nieśmiało zagościły bratki.

Na balkonie jeszcze przed porządkami, ale jakże przyjemnie jest podczas przygotowywania posiłków mieć przed oczami taki optymistyczny widok.
Pozdrawiam serdecznie i dziękuję że do mnie zaglądacie.
Nie che misie

Nie che misie

Tak w skrócie mogę podsumować dzisiejszy poranek.

źródło Pinterest
Właściwe to ten wpis powstaje bardzo spontanicznie. Bo dziś bardzo nie chce mi się nic. Ale jak kiedyś mawiał mój tata nikt się ciebie nie pyta co ty chcesz. Tak samo teraz co z tego że mi się nie chce, samo się nie zrobi. I tak mimo że mi się nie chce to rano z kawą szalałam z dywanikiem (domówiłam nitki i dopadł mnie szał dziergania)
  Po kawie czas na przygotowanie obiadu,dziś mistrz noża i patelni poleca zupę krem z kalafiora.
Oczywiście wyszedł cały wielki garnek, ale mam nadzieję że wieczorem załapie się chociaż na jedną miseczkę :)
W międzyczasie nie chcąc wcale wzięłam się za odkurzanie...

 Gdy tylko skończyłam moim oczom ukazał się taki obrazek


Wbrew oczekiwaniom nie przeszła przez sofę trąba powietrzna, a wielce rozradowany kot


ogarnięte, zupa gotowa, na zegarze po 10 pora szykować się do wyjścia...

Matko jakie brudne lusterko...przyjmijmy że to zabieg celowy by nie widziec zmarszczek i innych niedoskonałości.
Jeszcze tylko wyjąć pranie,  pies na spacer, klucze torba i do pracy.
Tak zastanawiałam się latając po mieszkaniu, jeżeli ja to wszystko robię gdy mi się nie chce to co jest gdy mi się zachce :)
Na osłodę zażółciły się badylki forsycji

 Pozdrawiam serdecznie i choć dalej mi się nie chce biorę się do pracy.
 

Z filcu się uda

Z filcu się uda

Lubię wianki. Kiedyś jako dziecko namiętnie wyplatałam je z mleczy. Teraz co jakiś czas chce mi się spleść coś nowego. Za oknami wiosennie to kwiaty muszą być.  Tym razem padło na proste kwiatki z filcu.

 Kolejna stara baza z winobluszczu. Dopiero na zdjęciach widzę ile pajęczyn zostało z kleju na gorąco.



Jak wrócę do domu to podpajęczynuję :) Póki co wisi na drzwiach wejściowych.
     Pozdrawiam wszystkie wspaniałe kobiety w dniu Naszego Święta. 
 
Po kuchennych rewolucjach

Po kuchennych rewolucjach

Wspominam o remoncie  i o jego zakończeniu i wspominam, więc czas na podsumowanie i kilka kadrów. (No dobrze dużo zdjęć, poniosło mnie w cykaniu). Nową kuchnie mam już, a może dopiero od dwóch miesięcy. Nie mogę się nią nacieszyć i jak nigdy mam w niej ład i porządek. Staram się nie zagracić, co nie znaczy że nie kupuje nic nowego :) Właściwie to w niej większość rzeczy jest nowa. Jak oszalała dokupowałam  już pół roku wcześniej słoiczki i inne drobiazgi. Teraz jak otwieram szafkę i sięgam chociażby po mąkę to z półek witają mnie ładne opakowania. Pozbyłam się słoików po kawie, które w czeluściach szafek wiodły drugie życie jako pojemniki na to i owo. Nie chcę już stawiać czegoś na "tymczasem" lub zamiast. Jestem zła na siebie za takie podejście, chyba jeszcze naleciałości z komuny. Przyjemniej mi jest wziąć do ręki ładny kolorowy spryskiwacz do kwiatów niż butelkę po skończonym płynie do okien... takich drobiazgów można sporo na wyliczać, a przecież  właśnie drobiazgi to nieodłączna cześć składowa naszego życia. Kuchnia kiedyś zamknięta i wąska zaraz po wprowadzeniu, jeszcze zieloni wyburzyliśmy ścianę, stała się aneksem kuchennym. Teraz wygląda tak.


To zdjęcie zrobione zostało dosłownie dzień po zmontowaniu. Nawet jeszcze do końca jej nie wymyłam taka byłam szczęśliwa...
Dla przypomnienie zdjęcia kuchni przed


Zmieniło się praktycznie wszystko. Co daliśmy rade robiliśmy sami, płytki, podłoga, krany i kontakty. Ważniejsze rzeczy zostawiliśmy fachowcom. Na kuchnie u stolarza czekałam 4 miesiące. Wszystko co chciałam i jak chciałam zostało wykonane.

  Z powodu lodówki, cargo i zabudowy piecyka ze zmywarka potrzebny mi był blat roboczy, bo jak widać nie wiele mi go zostało... stąd pomysł na całkowite zabudowanie grzejnika i zagospodarowanie przestrzeni szufladami.

Podczas prac kuchennych mam widok na balkon, teraz jeszcze zastawiony poremontowymi utensyliami, ale wiosna coraz bliżej będę miała piękne kwiaty... (Zasłona na zdjęciu skrywa kota, bawi się akurat w tarzana).
Jak widać zrezygnowałam z kuchenki gazowej na rzecz indukcji. W mieszkaniu w bloku tez się da, dla tych co chcą ale się boją. Moja ma podłączenie na 230V, nie zmieniałam mocy przepływowej prądu, zamontowałam oddzielna linie od licznika do kuchenki, z oddzielnym bezpiecznikiem.

Blat laminat, gruby, nie sprawdzałam nożem jego wytrzymałości, ale bez obawy odstawiam gorące naczynia.
Lodówka nie zabudowana, na podwyższeniu z kółkami, bo mam za nią schowane liczniki od wody
( paranoja) i muszę co najmniej dwa razy do roku przeprowadzić odczyt. Lodówka jest ze szklanym frontem , ślicznie wpasowuje się w koloryt szafek. Biały i szklany jest też piekarnik, szeroka rączka współgra z listwa w lodówce.

Przy okazji widać i przedpokój który z ciemnego całego w boazerii i z mało pojemnymi szafami przeszedł metamorfozę. Listwy przy podłodze jeszcze są w fazie "się zrobi żono"
Zamiast fotela w przyszłości stanie piękna ławeczka... ale trzeba poczekać na przypływ funduszy. Fotel wkrótce wróci na letni pobyt balkonowy.

Zmieniliśmy drzwi wejściowe jak i w środku mieszkania. Zrobiło się widno, czysto i przestronnie.
Wszystkie te powierzchnie (oprócz luster które wiecznie są oplute i tutaj nie wiem kogo obwinić psa czy Motyla) łatwo się czyści. Szafki, blaty i indukcje przecieram wodą z octem i szmatką na bieżąco. Nie zostają smugi i plamy. Lustra myjka z Karchera i w zasadzie pięć minut i gotowe.
No i szuflady w szafkach, mam problem z prawym ramieniem i wyjmowanie talerzy lub wstawianie po umyciu to była dla mnie droga przez mękę. Teraz luzik.
I kilka kadrów jeszcze

i kot w swojej bazie wypadowej, bo wypada z niej  gdy przechodzi pies...

[Untitled]

Książki to moja pasja od kiedy nauczyłam się literki składać w słowa. Wiem że miałam mniej niż  6 lat bo do zerówki szłam już jako tako czytając. Pochłaniałam wszystko co wpadło mi w ręce, nawet w bibliotece szkolnej mogłam buszować sama między regałami bym mogła wybierać czego nie czytałam. Kiedyś rodzice mnie ganiali za czytanie przyjedzeniu a teraz...mąż. Cóż czasami nie mogę się oprzeć.Kradnę chwile dla siebie i książek. Na szczęści nauczyłam się czytać w czasie jazdy i półgodzinna podróż do pracy mija mi niepostrzeżenie. Oto ostatnie moje zdobycze.


Hygge Klucz do szczęścia to prezent od Mikołaja. Czytałam i szukałam wokół siebie szczęścia i małych przyjemności.
Natomiast Król Szczepana Twardocha, tą książkę polecił mi pan w księgarni. Opowiada o przedwojennej Warszawie, półświatku, mrocznych dzielnicach i wcale nie łatwym i wesołym życiu. Momentami trochę kontrowersyjna. Czyta się bardzo dobrze i faktycznie jest to dobra książka.
Szpieg Paulo Coelho, hmm. No nic dobrego nie mogę o tej książce powiedzieć. Przeczytałam szybko, nie wniosła ona nic do mojego życia, nie dowiedziałam się z niej zbyt wiele o Mata Hari, nie znalazłam momentów które kazały by mi zatrzymać się na dłużnej i przemyśleć swoje poczynania czy tez spojrzeć z innej perspektywy na świat., tak jak miałam okazję czynić przy innych książkach tego autora. Szkoda.
No i Hygge Marie Soderberg, tą książkę zostawiam sobie na spokojne wieczory, a tych mam mało, żeby powolutku chłonąć, czytać i oglądać.


I na koniec mały kadr z kątka gdzie ostatnio króluje storczyk. Znowu mi zakwitł.

Cóż trochę powyginany, ale za późno zobaczyłam pęd i bałam się go wyginać, bo raz udało mi się obłamać. I wtedy to był dramat.
Tym kwitnącym akcentem kończę i bardzo dziękuje za odwiedziny. Pozdrawiam cieplutko.
Copyright © 2014 Szczypta codzienności , Blogger